
- Ładnie to tak bić starszych? – zza pleców usłyszałam syczący głos Adama. Był zdenerwowany.
- Przepraszam – szepnęłam podnosząc jeden kamyk z
miliona pozostałych leżący obok niego.
- Nie
mnie powinnaś przepraszać, tylko Bastiana. O mało nie połamałaś mu żeber.
- Alex
też kiedyś o mało nie połamał mi żeber – westchnęłam cicho myśląc, że mój
głos nie dotrze do uszu chłopaka.
Czułam, że
moje słowa zdenerwowały go bardziej aniżeli sama napaść na Bastiana. Ze złością
kopnął kilka kamyków, które z jękiem upadły kilka metrów dalej. Próbowałam nie
zwracać uwagi na to, co robił tylko spojrzałam w niebo. Słońce chyliło się już
ku zachodowi ospale pokonując swoją odwieczną podróż. Było tak samo zniewolone
jak ja. Porównywanie się do słońca – szczyt egoizmu, bo jak można porównywać
siebie, tak małą, nic nieznaczącą istotę do czegoś, co daje wszystkim życie.
Słysząc dźwięk
wciąż przypominający mi kruszenie lodu, odwróciłam się w jego stronę.
- Mógłbyś
przestać? –poprosiłam
flegmatycznie.
Dopiero po
chwil ukucnął przede mną i zaczął bawić się moimi dłońmi. Gładził je delikatnie
opuszkami palców, przykładał do drżących ust. Siedziałam nieruchomo wpatrując
się w moje bose stopy. Pożałowałam tego, że zostawiłam buty. Adam jakby
domyślając się, że właśnie o nich myślę, zapytał:
- Dlaczego
je wyrzuciłaś? Jeżeli rozmiar się nie zgadzał, to mogłaś po prostu powiedzieć –zaśmiał się pokazując przy tym rząd
białych zębów.
Na mojej
twarzy pojawił się cień uśmiechu.
Adam pomógł
mi podnieść się z ziemi i razem wyruszyliśmy na poszukiwanie moich butów.
Po kilu krokach poczułam się niczym Arielka, której każdy krok sprawiał jeszcze
większy ból niż poprzedni, tylko że ona robiła to dla księcia, a ja żeby
znaleźć buty.
Oparłam się o
jego ramię i jeszcze mocniej przygryzłam dolną wargę.
- Pomóc ci? –
zanim zdążyłam odpowiedzieć, wziął mnie na ręce.
Byłam na niego
zła za to, że potraktował mnie jak dziecko, ale zdając sobie sprawę z tego jak
trudno byłoby mi iść samej, otwarcie nie protestowałam. Wbiłam za to paznokcie
w jego kark, co chłopak skomentował tylko krótkim syknięciem. Zanim jego krew
zdążyła zaschnąć tworząc przy tym kilka unikatowych, szkarłatnych plamek na
opuszkach moich palców, w odwecie przycisnął mnie mocno do siebie. Stanowczo za
mocno. Gdybym mogła, słyszałbym bicie jego serca.
- Nie
słyszysz?
- Lubię ciszę – uważnie rozglądał się dookoła, kiedy to ja
wpatrywałam się w jego twarz.
- Ja
już nie słyszę –zawładnął
mną paniczny strach, tylko nie wiedziałam przed czym.
- Ja już nawet tego nie pamiętam.
- Jak można
zapomnieć? Przecież o prosty rytm – zaczęłam
wybijać go dłonią na ramieniu Adama. Ten bez słowa zrzucił mnie na ziemię.
- Adam? – jęknęłam.
- Ty
jeszcze pamiętasz jak to jest, kiedy bije – obszedł dookoła moje ciało i ukucnął
przy mnie. Nawet na mnie nie patrząc, mówił dalej. – Kiedy
się boisz bije szybciej, albo zastyga w bezruchu. Ja już nigdy...
- Nie musisz
mi tego mówić.
- Alexander
był lepszy ode mnie – nie
wiedziałam czy pyta czy stwierdza – jego zdaniem – oczywisty fakt.
- Boję
się ciebie –szepnęłam
widząc jego rozbiegane źrenice, trzęsące się usta, dłonie zaciskające się w
pięści.
- Był
lepszy, bo słyszałaś –
wziął do ręki moją dłoń, rozprostował i położył sobie na piersi. –Nie zaprzeczaj, wiem.
- Przestań,
boję się ciebie coraz bardziej –
wyszeptałam, ale chciałam, żeby mówił dalej, jego głos taki syczący, sprawiał,
że mimo strachu czułam się bezpiecznie.
- Lubię
kiedy kłamiesz –wysyczał
całując moją dłoń, po czym wziął mnie na ręce.
Byłam pewna, że
kiedy znajdziemy się w domu, Adam natychmiast
postawi mnie na podłodze, ale myliłam się. Przycisnął mnie jeszcze bardziej do
siebie i zaniósł do mojego pokoju. Byłam tak zmęczona, że przestałam zwracać na
niego uwagę i zaczęłam się rozbierać. On patrzył na mnie z zainteresowaniem,
ale nie odważył się powiedzieć ani jednego słowa. Zapomniawszy o nim zamknęłam
się w łazience. Po kilkunastu minutach wyszłam w czarnym szlafroku na sobie.
Adam siedział oparty o moje łóżko, z dłońmi zawieszonymi na szyi. Pod wieloma
względami przypominał mi wtedy Alexa. W jego zachowaniu doszukiwałam się
wyimaginowanych podobieństw i coraz częściej widziałam coś, czego nie było.
- Długo
czekałeś? –zaczęłam.
- Nie czekałem na ciebie, chciałem chwilę pomyśleć.
- Właśnie w
moim pokoju? Nie masz swojego?
- Już
wychodzę, nie będę ci przeszkadzać.
- Nie
przeszkadzasz – w porę
ugryzłam się w język. – Zostań – położyłam się do łóżka.
- Nadal jesteś tylko naiwną idiotką – rzucił wstając z podłogi.
- Nie
masz prawa tak o mnie mówić! –
chciałam krzyknąć, gdy ten zamykał za sobą drzwi, ale z mojej krtani wydobył
się tylko nic nieznaczący syk.
Wtuliłam się w chłodną pościel i
chociaż byłam potwornie zmęczona, długo nie mogłam zasnąć. Za dużo obrazów
bezustannie, z zawrotną prędkością przewijało się w moich myślach. Ospale
podniosłam głowę z poduszki i oparłam się na ramionach. Spojrzałam w ciemność
otaczającą mnie z każdej strony, niezmierną, przygniatającą mnie ciemność,
która zasnuwała wszelkie drogi ucieczki. Zasnęłam snem porwanym i niespokojnym.
Zaraz po przebudzeniu lekko zerwałam się z łóżka i po omacku trafiłam do drzwi.
Jak najciszej prześlizgnęłam się zimnym korytarzem do pokoju, w którym
spodziewałam się zostać Adama. Ciemność nie pozwalała zobaczyć mi sylwetki
mężczyzny, ale byłam pewna, że leży na środku swojego ogromnego łóżka i
pogrążony we śnie nie myśli o niczym.
Podeszłam do niego. Leżał na plecach,
jego jedno ramie podtrzymywało głowę, kiedy to drugie leżało nieruchomo wzdłuż
ciała. Spojrzałam w jego zamknięte powiekami oczy. Przez chwilę wahałam się,
ale nie mogłam dłużej czekać – obudziłam go namiętnym pocałunkiem. Zanim otworzył
oczy, chwycił mnie w pół i położył na kołdrze obok siebie. Byłam jeszcze
bardziej zaskoczona niż on.
- Spodziewałeś się mnie – stwierdziłam nieusatysfakcjonowana.
Na co Adam się tylko uśmiechnął. – Przyszłam, bo mam prośbę – przytuliłam się do niego.
- No tak, stajesz się taka jak my,
interesowna –
westchnął z uśmiechem.
- Zawieź mnie dokądś – powiedziałam celowo mijając
spojrzenia chłopaka.
- Ja też nie jestem bezinteresowny, co z tego
będę miał? –
przygarnął mnie jeszcze mocniej do siebie.
- Co tylko będziesz chciał – rzuciłam oswabadzając się z uścisku,
przeskoczyłam przez łóżko i znalazłam się przy drzwiach.
- Ale jest tak zimno – próbował się wymigać, ale
widząc moją zaciętą minę, zczołgał się na podłogę.
Kiedy znalazłam się na korytarzu też
poczułam, że robi się chłodno. Bez namysłu wbiegłam do swojej sypialni i
założyłam spodnie wiszące na oparciu krzesła. Idąc nieszerokim holem stanęłam
przed drzwiami prowadzącymi do pokoju Adama. Uspokoiłam się słysząc cichy
szelest kroków – nie spał. Udałam się do kuchni. Włączyłam światło, które
oślepiło mnie na ułamek sekundy i zabrałam się do przygotowania gorącej kawy
dla Adama i aromatycznego Cappuccino dla siebie. Popijając napój usiadłam przy
stole. Adam zaskoczony moją troską usiadł obok mnie i nawet nie spróbował,
odsunął od siebie kupek.
- Nie pijam kawy – wyjaśnił krótko.
- To może Cappuccino?
- Jedziemy już? – zapytał obojętnie.
- Już – zostawiłam na stole niedopite
Cappuccino i wyszłam za nim z kuchni.
Po kilku minutach znaleźliśmy się w
jego srebrnym samochodzie i wtedy padło trudne dla mnie pytanie.
- Dokąd? – Adam zacisnął zsiniałe palce na
kierownicy.
- Nie wiem – zapięłam pasy.
- Więc obudziłaś mnie tylko po to, żebyśmy
poszli do samochodu i z powrotem wrócili do domu? – w jego głosie słychać było na
przemian to irytację to kpinę.
- Są tu zgliszcza jakiegoś lasu?
- Słucham? – zaciekawiło go moje wyrwane z kontekstu pytanie.
- Chciałabym, żebyś właśnie tam mnie zabrał – powiedziałam spokojnie patrząc w
niebo.
- I może jeszcze mam cię tam zostawić? –zaśmiał się.
- Możesz zostać tam ze mną, ale najpierw
musimy tam dojechać. Pamiętasz jakiś pożar? – zapytałam z nadzieją w głosie.
Nie odpowiedział tylko ruszył.
Uporczywie wpatrywałam się w jego twarz, ale ona jak zawsze nie zdradzała
żadnych emocji, zawsze, kiedy tego potrzebowałam, nie mówiła zupełnie nic. Tyle
razy widziałam wymalowaną na niej kpinę, szyderczy uśmiech.
Po kilku minutach auto zatrzymało się
z piskiem opon na jakiejś sporadycznie uczęszczanej leśnej dróżce. Dobrze, że
przed wyjściem zdążyłam założyć wygodne adidasy – nie miałam ochoty na darmowy
pilling stóp. Nie zauważyłam kiedy Adam wyszedł z samochodu, usłyszałam tylko
dźwięk zamykanych za nim drzwi. Widok zniszczonego lasu przyprawił mnie o
nieprzyjemne dreszcze. Nie chciałam wychodzić z auta, za bardzo się bałam.
Tylko czego? Ten widok był dziwnie znajomy, więc jak można bać się czegoś, co
już się zna?
Srogie spojrzenie Adama zmusiło mnie
do wyjścia.
Było zimno. Przez niewidoczne chmury
przebijały liczne nocne oczy. Nieśmiało zbliżyłam się do pierwszych zwęglonych
pni drzew, po których wspinały się już młode latorośle. Chłopak śledził każdy
mój niepewny gest. Weszłam głębiej.
- Zgubisz się – usłyszałam za sobą syczący głos
Adama. – Kobiety nie mają dobrej orientacji w
terenie.
Nie zwracałam uwagi na jego przestrogi
–szłam dalej bezwładnie ocierając się o obumarłe drzewa. Poczułam na plecach
dłoń mojego „opiekuna”, który nie chciał pozwolić na to, żebym szła dalej.
Zrzuciłam ją bez słowa. Położyłam dłoń na jednym z pni, był taki gorący jakby
przed chwilą się jeszcze żarzył. Cofnęłam rękę. Nagle poczułam, że z każdej
strony otacza mnie coraz to większy gorąc, że dłużej już nie wytrzymam.
Zaczęłam obracać się w kółko, ale nie wiedziałam, w którą stronę mam uciekać.
Gdyby nie Adam osunęłabym się na ziemię i pozwoliłabym niewidzialnym płomieniom
na spalenie żywcem. Chłopak widząc to, co się ze mną działo, wziął mnie na ręce
i wybiegł ze mną na zapomnianą przez wszystkich ścieżkę.
- To tutaj, możemy już wracać – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Adam mimo, że nie do końca rozumiał
słowa, które wypowiedziałam, pomógł mi wejść do samochodu i nachylając się nade
mną, żeby zapiąć mi pasy, pocałował moje rozdygotane wargi. Zalała mnie fala
przejmującego gorąca.
http://hold-me-love-me.blogspot.com zapraszam na nowość :)
OdpowiedzUsuń